Podzielę się z Wami drodzy czytelnicy pewną historią. Żeby nie było niejasności historia jest prawdziwa.
Zimą na kurs zapisała się Pani G. Znaliśmy się już wcześniej ze współpracy między firmą, w której pracowała. Nosiła się z zamiarem zapisania na kurs chyba ze trzy lata. Za każdym razem, kiedy się spotykaliśmy zawsze powtarzała „muszę się w końcu do Pana wybrać” i na tym się kończyło…W końcu nadszedł ten dzień.
Pierwsze zajęcia teoretyczne: Pani G. w pierwszej ławce, zeszyt, długopis i notatki… Rzadko na wykładach zdarza się, że ktoś notuje…Na każdych zajęciach pytania, dyskusja i zainteresowanie.
Na zajęciach z pierwszej pomocy Ratownik Medyczny był zasypywany pytaniami.
W końcu nadszedł dzień pierwszych zajęć praktycznych za kółkiem Mini. Stres i zdenerwowanie z resztą nie tylko Pani. Zawsze ludzie myślą, że praca instruktora to taki luźny zawód, siedzi i buja się po mieście…Nic bardziej mylnego, luzu nie ma, a stres na pierwszych jazdach jest nie mniejszy niż u kursanta. Bo nigdy nie wiesz czego się spodziewać.
Ok, no to krótki instruktaż obsługi auta i …normalnie się próbuje ruszyć, ale tym razem morze pytań. W końcu ruszamy i wbrew obawom obustronnym idzie bardzo dobrze. Z mojej perspektywy oczywiście. Pani G. pierwsze godziny krytykuje, narzeka, wątpi w sens. Totalny brak wiary w siebie. Połowa kursu i wyjazd na miesiąc. Czasem przerwa robi dobrze, gdyby nie to, że w drodze powrotnej z wyjazdu przydarzył się wypadek drogowy, na szczęście fizycznie nic się nikomu nie stało, ale w głowie pojawił się lęk przed dalszą jazdą autem. Dwa miesiące przerwy. W końcu po usilnych namowach umówiliśmy się na jazdy. Było ciężko się przełamać, że auto na skrzyżowaniu zaczeka i nie wyjedzie prosto na nas…Stres przejmował kontrolę i pojawiły się zagaduszki o zakończeniu szkolenia.
Najłatwiej uciec, schować się za rogiem…Niestety Pani G. nie miała argumentów na zakończenie, z resztą jak już tyle przeszliśmy to nie było opcji, aby odpuścić.
Egzamin wewnętrzny teoretyczny i praktyczny zdany za pierwszym podejściem. Państwowy w WORDzie za drugim (praktyczny pierwszy oblany za wymuszenie :p)
Po zdanym egzaminie wzruszenie i radość, uśmiech i łzy…z zewnątrz można było odnieść wrażenie, że Pani G. nie zdała…
Zdane, ale nie ze względu na wiek, nie z litości, nie z łaski, ale ze względu na umiejętności, ze względu na wiarę w siebie i upór oraz samozaparcie.
Dla mnie jeden z największych sukcesów, ale również jedno z najcudowniejszych doświadczeń w tym zawodzie. Wiara w drugiego człowieka i jego możliwości mimo tego, że początkowo tylko ja wierzyłem przyniosła cudowny efekt w postaci kierowcy pewnego siebie na drodze i rozważnego ze względu na swój wiek.

Mityczna górka śmierci, która pogrążyła nie jednego adepta nauki jazdy, spędziła sen z powiek podchodzącym do egzaminu, oddaliła w czeluści wizję prawa do prowadzenia samochodu. Tuż obok górki jest osiedle – Boża Góra – które jest bardzo proste, ale w tej prostocie tkwią same pułapki. Jeśli ktoś pokona górkę śmierci to jest spore prawdopodobieństwo, że właśnie tam straci życie w walce o plastikowe prawo do jazdy ;))